Guwernantki mają większy wpływ niż nauczyciele

Rodzice kilkuletniego dziecka wyjeżdżali do Chin na kontrakt. Na początek tylko na rok, ale jak wszystko się dobrze ułoży, mieli zostać znacznie dłużej. Nie chcieli jednak, żeby maluch, żyjąc tak długo w obcej kulturze, zupełnie zapomniał języka polskiego. Wymarzyli więc sobie, że zabiorą ze sobą nauczycielkę, która będzie się nim zajmować, wychowywać i rozmawiać w ojczystym języku. Śmiały pomysł, ale jak znaleźć osobę, która zostawi swoje życie w Polsce i pojedzie z nimi na Daleki Wschód? Agencji guwernantek zajęło to nie więcej niż miesiąc.

Dla Małgorzaty Barczyk z firmy Nanny Express było to tylko jedno z wielu podobnych zleceń. Wcześniej szukała już opiekunki dla dziecka, którego rodzice jechali do pracy w dużej firmie w Niemczech, a chcieli, żeby oprócz polskiego, uczyło się również chińskiego, muzyki i zasad dobrego zachowania. Tak, by jak najlepiej przygotować je do przyszłości. Innej rodzinie managerów, lecącej do Hongkongu, załatwiła guwernantkę perfekcyjnie mówiącą po angielsku.

Dziewczyny, które wykonują ten zawód, są bardzo ambitne. Nie boją się wyzwań, dlatego też choćby taka podróż do Chin nie przeraża ich. Czasami problemem jest własne dziecko. Ale zawsze można znaleźć taką, która jeszcze się na nie nie zdecydowała – tłumaczy Barczyk.

Na co dzień agencja Małgorzaty dobiera jednak opiekunki do pracy w Polsce. Za każdym razem target jest ten sam: menedżerowie wysokiego szczebla, właściciele dużych firm, celebryci, bankowcy lub prawnicy. – To specyficzna grupa. Przy tylu obowiązkach zawodowych nie mają zbyt wiele czasu dla dzieci. Chcą jednak, by jak oni, osiągnęły w życiu sukces. Dlatego już dla kilkumiesięcznych malców zatrudniają nauczycielki języka obcego i opiekunki – podkreśla Małgorzata Barczuk.

W pierwszym okresie życia, gdy maluch jeszcze nie umie dobrze składać słów, wystarczy, że osłuchuje się z tym, co mówi do niego guwernantka. Dzięki temu staje się dwujęzyczny. A to daje bardzo wiele, zwłaszcza gdy rodzice chcą, żeby po kilku latach prywatnej nauki poszedł do międzynarodowej szkoły lub przedszkola. Innym dzieciakom taka prywatna nauczycielka całkowicie zastępuje edukację publiczną w pierwszych latach ich życia. Są i tacy, którzy zwykłą, osiedlową szkołę łączą z dodatkowymi zajęciami, odbywającymi się popołudniami, już w domu.

Przez wieki niewiele się zmieniło – francuski święci tryumfy

Rodzice przychodzą więc do agencji i proszą o znalezienie profesjonalnej opiekunki. – A to dlatego, że rzadko kiedy zdarza się, by taka nauczycielka ogłaszała się sama, w internecie lub prasie. Zbyt wielkie jest ryzyko, że zniknie w masie ofert, które zostawiają pracujące na czarno opiekunki do dzieci. Te często nazywają się tak samo, to znaczy guwernantkami. Okazuje się jednak, że nie mają ani referencji, ani odpowiednich umiejętności i są zupełnie kim innym niż specjalistki, wywodzące się z tradycyjnego, XVIII-wiecznego ujmowania tego zawodu – tłumaczy Natalia Godlewska, która pracowała w agencji Baby & Care.

Rzeczywiście, współcześnie prawdziwa guwernantka musi, podobnie jak jej przedwieczny pierwowzór, pochwalić się całą masą umiejętności, które będzie w stanie przekazać podopiecznemu. – Obecnie największy nacisk stawiany jest na naukę języka obcego – podkreśla Godlewska. – Przede wszystkim angielskiego, ale i francuskiego, bo przecież to był niegdyś język, jakiego uczono w dobrym towarzystwie. Rodzice świadomie nawiązują do tej tradycji i szukają nauczycielek, które potrafią się nim posługiwać. Guwernantki idą jednak z duchem czasu: posługują się i niemieckim, i hiszpańskim oraz nierzadko jakimś orientalnym, jak na przykład chińskim. Poza tym liczy się również znajomość zasad savoir vivre, umiejętności plastyczne, wokalne, muzyczne czy sportowe.

Wszystko to zaznaczane jest przez nich na specjalnym formularzu, jaki uzupełniają w agencji. Tam określają, co jest dla nich ważne i jak wyobrażają sobie wychowanie i nauczanie dziecka. Firma wyszukuje dla nich kilka kandydatek. Spotykają się z nimi, czytają ich autorskie programy pedagogiczne, wreszcie wybierają tę jedną.

Po 16. godzinie zaczyna się praca z dzieckiem

A jest to wybór na całe lata. Przeciętnie guwernantka zajmuje się jednym dzieckiem 5 lat. Zaczyna, kiedy maluch nie chodzi jeszcze do przedszkola, żegna, gdy przychodzi do zaprowadzenia go na pierwszy szkolny apel. Albo inaczej – przychodzi do takiego domu we wrześniu, wraz z pierwszymi książkami i plecakiem, a potem odchodzi, bo dzieciak wyrósł, jest już nastolatkiem, a nie można przecież całe życie chodzić za nim krok w krok. – Zajmujemy się dziećmi w wieku od kilkunastu miesięcy do około 12 lat – precyzuje Urszula Bartoszek, guwernantka pracująca w agencji MJ Governess.

Od kilku miesięcy opiekuje się siedmioletnim Dawidem. Chłopiec chodzi do międzynarodowej szkoły, w której wszystkie zajęcia są prowadzone w języku angielskim. Nie ma z nimi większego problemu, okazało się jednak, że ojczysty język zaczął mu sprawiać większą trudność niż ten obcy. Dlatego też rodzice postanowili zatrudnić Urszulę. Codziennie przyjeżdża więc do niego na 16, akurat żeby potowarzyszyć przy obiedzie. Potem zaczynają zajęcia. Te już, rzecz jasna, po polsku.

Najpierw ćwiczą pisanie i czytanie, potem, po krótkiej przerwie, rozwiązują zadania matematyczno-przyrodnicze, dużo rysują. Jeśli chłopiec radzi sobie dobrze, idą zaraz po nich pobawić się na dwór lub do Klubu Dziecka. Dzień kończy się około 20, zaraz po kąpieli i kolacji.

Tę Dawid uwielbia szykować wraz ze mną. Smaruje kanapki, czasami sam coś przygotuje – opowiada Urszula Bartoszek. Nie bez przyczyny tak to podkreśla. Każda rodzina ma swoje zasady, do których trzeba się zastosować. Bywali i tacy rodzice, którzy kategorycznie zabraniali, by dzieciak zajmował się czymś innym niż nauką i rozwijaniem talentów.

Guwernantka zatrudniona przez agencję zarabia blisko 20 złotych na godzinę. – To jednak podstawowa stawka. Im dłużej z nami współpracuje, tym bardziej jest ceniona – zdradza Małgorzata Barczuk z firmy „Nanny Express”. W ogóle oczekiwania rodziców są przeróżne i trzeba być bardzo elastycznym. Ostatecznie przecież to od nich zależy, w jakich warunkach będzie pracować guwernantka.

Są tacy, którzy traktują mnie niemal jak członka rodziny. Zapraszają na urodziny dziecka, imprezy rodzinne – wspomina Urszula. Już teraz szykuje się powoli do takiego wspólnego wypadu do Legolandu w Danii. Wakacje?

No, nie do końca. Ostatecznie jadę tam przecież do pracy, nie tylko się bawić. Choć nie ukrywam, że to bardzo przyjemna propozycja – dodaje.

Inni, wręcz przeciwnie, jasno wytyczają granicę między pracownikiem, a członkiem rodziny. Nie ma mowy o wspólnym świętowaniu nad płonącym świeczkami tortem. I nie chodzi tu o jakąś burżuazyjną wyższość. Raczej o rozdzielenie tych dwóch światów: prywatnego i zawodowego, tak silnie splatających się w tym przypadku.

Sama Urszula też jest w gruncie rzeczy za przeprowadzaniem takiej, choćby delikatnie zarysowanej, granicy. Nieraz zdarzało jej się, że rodzice malucha proponowali, żeby zamieszkała z nimi. Jak dotąd nieodmiennie odmawiała. Zbyt lubi swoje mieszkanko i wolne przedpołudnia, które może spędzać jak tylko chce i z kim.

Tym niemniej takie propozycje, choć nie nazbyt często, zdarzają się pracownicom niemal każdej agencji. I są kuszące. Jedna z rodzin, które zgłosiły się do Małgorzaty Barczuk z Nanny Express, oferowała guwernantce własne, połączone z ich domem, mieszkanko i 1000 euro miesięcznie.

Nie studiuj pedagogiki

Żeby zostać guwernantką, wcale nie trzeba skończyć kierunkowych studiów podyplomowych, jakich nie brak w szkołach wyższych. Wiedzą o tym chyba same kandydatki – na zajęcia w Studium dla guwernantek, prowadzone w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu, zapisały się tylko dwie osoby. Zaskoczenia nie kryją jednak twórcy kierunku.

Planując kurs, dokładnie przyglądnęliśmy się rynkowi. Jest bardzo chłonny. Może to wynik stosunkowo dużej szarej strefy? – zastanawia się Sabina Iwaszkiewicz z WSUS.
Być może. Jednak Natalia Godlewska z Baby & Care twierdzi, że szara strefa nie ma tu nic do rzeczy.

Wśród pracujących na czarno, prędzej znajdziemy nianie. A więc opiekunkę, która jedynie bawi się z dzieckiem, przygotowuje posiłki i dogląda, by przy niej nic mu się nie stało. Tymczasem guwernantka stoi poziom wyżej. To wykształcony i doświadczony nauczyciel, który istnieje przede wszystkim po to, żeby uczyć dziecko i wychowywać – tłumaczy.

Dlatego też w zawodzie najbardziej cenione są umiejętności. I to udokumentowane. A skoro coraz więcej rodziców stawia nacisk na znajomość języka, agencje guwernantek poszukują głównie absolwentek filologii. – Takie stanowią większość naszej kadry – potwierdza Małgorzata Barczyk.

Może nieco paradoksalnie, nie poszukujemy studentek po pedagogice. Prawda jest niestety taka, że większość z nich języki obce zna co najwyżej na średnim poziomie. To nie jest w stanie nas zadowolić – dodaje. Oczywiście, mile widziany jest drugi fakultet – jednak znów, nie pedagogiczny. Raczej związany ze sztuką, muzyką, kulturą.

Guwernantką można być przez całe życie
Agencje zatrudniają dwudziestokilkulatki, zaraz po studiach, jeśli tylko są w stanie pochwalić się referencjami. Górna granica wieku praktycznie nie istnieje. – Wśród naszych opiekunek nie brak pań po 60. roku życia – zdradza Małgorzata Barczuk z firmy „Nanny Express”. Okazuje się, że jest to również zawód dla mężczyzn. Z agencją Małgorzaty współpracuje obecnie dwóch panów. – Owszem, przełamanie stereotypów trochę nam zajęło. Szczególnie obiekcje zgłaszali ojcowie, którzy bali się, że taki nauczyciel zastąpi ich dziecku – opowiada Barczyk.

Wykształcenie wyższe to podstawa. Jednak nikt nie przyjmie opiekunki tylko dlatego, że przedstawiła dyplom. Bez referencji i doświadczenia w pracy z dziećmi nie ma co przystępować do rekrutacji. Urszula Bartoszek to młoda dziewczyna. Jednak przed tym, jak została guwernantką, pracowała już jako nauczycielka w świetlicy małego dziecka i pedagog w poradniach psychologiczno-pedagogicznych, małżeńsko-rodzinnych, szkołach oraz przedszkolach.

Takie doświadczenie jest mocno punktowane. Musimy wiedzieć, że kandydat posiada praktyczne umiejętności pracy z dzieckiem – potwierdza Małgorzata Barczuk. Po przeglądnięciu referencji z poprzednich miejsc pracy, zaprasza aplikującego na stanowisko na rozmowę.

O czym wtedy mówią? – O, to sekret firmy – ucina Barczyk. Urszula Bartoszek uchyla jednak rąbka tajemnicy: – Chodzi głównie o to, by zaprezentować, jaką jest się osobą. I potwierdzić swoje umiejętności. Dobrze pamięta, jak nagle, niemal w pół zdania psycholog, z którym rozmawiała, zmienił płynnie język z polskiego na angielski. Chciał ją zaskoczyć, zobaczyć, czy rzeczywiście ma tak dobry akcent i bogate słownictwo, jakim się firmowała.

Wiele agencji nie poprzestaje jednak na samym spotkaniu z kandydatką. Chcą, aby ta przesłała im również kompletny, autorski program edukacyjny, jaki będzie realizować z dzieckiem. – Pomysł uważam za rewelacyjny. To jedno wymaganie robi niesamowity przesiew wśród kandydatek. Zostają tylko te, które mają pomysł na rozwój dziecka. A nie chcą się wykpić podaniem mu pluszaka do zabawy – podkreśla Małgorzata Barczuk.